Pacjent z Berlina liczy na lek biologiczny. Pacjent z Bostonu ma co do niego wątpliwości. Co dane dotyczące łuszczycy mówią nam o rozbieżności między dostępnością a wynikami leczenia.

autor: Mattia Marco Caruson
13 maja 2026 r.

Zostań partnerem serwisu mama health

Przekształć rozmowy z pacjentami w praktyczne wnioski dla zespołów z branży farmaceutycznej i nauk przyrodniczych.

Dowiedz się więcejDowiedz się więcej

Co dane dotyczące łuszczycy z dwóch rynków mówią o rozbieżnościach między dostępnością a wynikami leczenia.

Łuszczyca to choroba występująca na całym świecie. Ale doświadczenia pacjentów z nią związane już niekoniecznie.

Jeśli spojrzeć na badanie dotyczące łuszczycy mama health w Niemczech i Stanach Zjednoczonych, główny wynik jest niemal identyczny. Około 80% pacjentów na obu rynkach twierdzi, że ich leczenie nie działa. Dwa z najbardziej zaawansowanych systemów opieki zdrowotnej na świecie, stosujące w leczeniu tej samej choroby zasadniczo te same klasy leków, dochodzą do tego samego wniosku na podstawie opinii osób, dla których te terapie zostały stworzone. To po prostu nie działa.

Na tym kończą się podobieństwa.

Dwa rynki, dwie zupełnie różne historie

W Niemczech konwencjonalne metody leczenia wykazują wskaźnik skuteczności zgłaszany przez pacjentów na poziomie -57,9%, a 80,4% pacjentów ocenia swoje leczenie jako nieskuteczne. Preparaty do stosowania miejscowego, fototerapia, metotreksat. To od dziesięcioleci podstawa leczenia łuszczycy. Pacjenci z niemieckiej grupy badanej mówią o tych metodach w kategoriach wyczerpanej cierpliwości. Wypróbowali to, co im zaproponowano, a to, co im zaproponowano, nie wpłynęło na przebieg choroby.

Leki biologiczne nowej generacji to jedyna grupa, która w niemieckiej grupie badanej uzyskała pozytywny wynik netto (+15,8%). Pacjenci, którzy je stosują, zgłaszają znacznie lepsze doświadczenia niż ci, którzy przyjmują inne leki. A jednak leki biologiczne wciąż są na tym rynku niedoceniane. Leczenie, które pacjenci faktycznie oceniają jako skuteczne, nie jest tym, które stosuje większość z nich.

Pytania, z którymi niemieccy pacjenci mama health zwracają się do mama health , odzwierciedlają tę rzeczywistość. Nie pytają o zakres ubezpieczenia ani nie porównują marek. Pytają o samą chorobę. O organizm, czynniki wywołujące objawy, powiązania między tym, co czują, a tym, co zdiagnozowano u nich. „Rano bardzo boli mnie plecy, ale gdy tylko zacznę się ruszać, ból ustępuje. Czy to może mieć związek z moją łuszczycą?”

To pytania pacjentów, którzy wciąż próbują zrozumieć, co się z nimi dzieje, i którzy funkcjonują w systemie, który nie zapewnił im jeszcze terapii, która według danych jest najskuteczniejsza.

W Stanach Zjednoczonych sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Leki biologiczne nie są tu wyjątkiem. To one są na pierwszym planie. Są powszechnie przepisywane, intensywnie promowane i szeroko refundowane. Pacjenci z amerykańskiej grupy są już głęboko zanurzeni w świecie zaawansowanych terapii. Znają nazwy marek. Widzieli reklamy. Rozmawiali o tym ze swoim dermatologiem.

A oni wciąż oceniają leki biologiczne jako ogólnie nieskuteczne (-9,7%), przy czym około 78% twierdzi, że ich terapia ogólnie nie działa.

Pytania, które docierają do amerykańskiej grupy, mają zupełnie inny charakter. Skupiają się raczej na systemie opieki zdrowotnej niż na samej chorobie. „Mój lekarz wspomniał o lekach biologicznych, ale czy są jakieś, które faktycznie pokrywa ubezpieczenie, albo czy są jakieś badania kliniczne, do których mógłbym się zgłosić?” To nie są pytania kogoś, kto próbuje zrozumieć swoją chorobę. To pytania kogoś, kto próbuje sobie z nią poradzić. Kto próbuje znaleźć taką formę leczenia, do której faktycznie ma dostęp, na którą go stać i którą będzie w stanie kontynuować.

Poznaj prawdziwe opinie pacjentów
Zobacz, jak zespoły z branży nauk przyrodniczych wykorzystują mama health zrozumieć rzeczywiste doświadczenia pacjentów, odkrywać niezaspokojone potrzeby i usprawniać wprowadzanie produktów na rynek.
+20 000 osób
już podzielili się swoimi historiami

Ten sam lek biologiczny. Zupełnie różne werdykty.

Gdyby chodziło tylko o dostępność, wyniki w USA powinny wyglądać jak w Niemczech, tylko lepiej. A wyglądają gorzej. Pomiędzy wystawieniem recepty a pacjentem dzieje się coś, czego same leki biologiczne nie są w stanie wyjaśnić.

Pacjent z Niemiec liczy na leczenie, do którego nie ma łatwego dostępu. Pacjent z USA ma dostęp do tego leczenia i zastanawia się, jakie faktycznie przynosi efekty. Lek biologiczny jest niezmienny. Doświadczenia z nim związane – już nie.

Dla zespołów handlowych realizujących strategię wielorynkową w odniesieniu do tego samego leku biologicznego jest to właśnie ta luka, której systematycznie nie uwzględniają dane dotyczące recept, rozliczeń i wskaźników udziału w rynku. Liczba recept może rosnąć na rynku, na którym zaufanie pacjentów gwałtownie spada. Zakres refundacji może się rozszerzać na rynku, na którym pacjenci coraz rzadziej stosują się do zaleceń. Dwa rynki mogą sprawiać wrażenie, jakby zbliżały się do tej samej klasy terapeutycznej, a jednocześnie generować zupełnie odmienne opinie pacjentów na jej temat.

Lek biologiczny przychodzi na czas. Obietnica nie zawsze się spełnia.

Ten sygnał pojawia się przed danymi o liczbie nowych bezrobotnych

Zanim tendencja do zmiany dostawcy lub zmiana podejścia do oferty wartości odbiją się w danych dotyczących udziału w rynku czy ponownych recept, rozmowy z pacjentami, które to wyjaśniają, mają już za sobą sześć do dwunastu miesięcy. Nadzieja widoczna w grupie niemieckiej i rozczarowanie w grupie amerykańskiej to wskaźniki wyprzedzające tego, co zespoły handlowe będą mogli zobaczyć na swoich pulpitach analitycznych w przyszłym roku.

Dla globalnego zespołu ds. marki ten sam lek biologiczny na łuszczycę wymaga teraz dwóch różnych strategii. W Niemczech problemem jest promocja. Dane pokazują, że leczenie działa. System nie kieruje jednak do niego wystarczającej liczby pacjentów. Wyzwaniem marketingowym jest to, jak wyeksponować dowody na skuteczność, wyniki zgłaszane przez pacjentów oraz materiały edukacyjne, które wypełnią lukę między kwalifikacją pacjenta a wystawieniem recepty.

W Stanach Zjednoczonych przeszkoda jest znacznie poważniejsza. Nie chodzi o dostęp, zasięg marketingowy ani umieszczenie leku w wykazie refundacyjnym. Chodzi o rozbieżność między tym, czego pacjent oczekiwał, a tym, czego faktycznie doświadcza. Tej luki nie wypełni większy udział w dyskusji. Wypełni ją prawdziwe zrozumienie tego, z czym pacjenci mają do czynienia od momentu wystawienia recepty aż do osiągnięcia rezultatu, oraz gotowość do podjęcia działań w oparciu o to, co z tego zrozumienia wynika.

To nie są te same problemy. Traktowanie ich jako jednego i tego samego tylko dlatego, że ogólne liczby wyglądają podobnie, prowadzi do tego, że wdrożenia projektów zbaczają z kursu na rynkach, które na papierze wydają się identyczne.

Dane dotyczące recept na części nigdy nie były tworzone po to, żeby je przeglądać

Niezależnie od schorzenia i rynku, różnica między receptą a efektem leczenia nie wynika z braku danych. To kwestia słuchania. To ten aspekt doświadczenia pacjenta, którego dane dotyczące recept nigdy nie miały uchwycić, bo zostały stworzone po to, by rejestrować to, co przepisano, a nie to, jak to na pacjenta wpłynęło.

To, co pacjenci mówią serwisowi mama health – przed, po i pomiędzy każdą wizytą – to ten brakujący element. To właśnie tam ujawnia się przepaść między nadzieją a rozczarowaniem, tam na kilka miesięcy przed faktyczną zmianą pojawiają się przyczyny tego trendu, a różnica między dwoma rynkami, które na pulpicie statystycznym wyglądają identycznie, staje się różnicą, na podstawie której zespół handlowy może faktycznie podjąć działania.

Dane kliniczne decydują o sukcesie badań. Dane pacjentów decydują o sukcesie na rynku. A ta sama terapia na dwóch różnych rynkach, przy dwóch różnych reakcjach pacjentów, to właśnie ten rodzaj wniosku, który wychodzi na jaw tylko wtedy, gdy głos pacjentów jest słyszalny na szeroką skalę.

Zrozumienie pacjentów to podstawa każdej kolejnej decyzji dotyczącej opieki zdrowotnej.